Konrad Błaszak

Miesiąc temu ogłosiłem, że chcę pisać codziennie. Przy moim trybie życia nie jest to łatwe, ale podjąłem rękawice. Tylko czy udało mi się ukończyć to wyzwanie? Nie do końca…

Cały eksperyment prowadziłem oczywiście tu:

Czerwiec był dla mnie dość pracowitym okresem, ponieważ oprócz codziennego (no prawie, poniżej wyjaśnię dokładniej) blogowania, aktywnie szukałem mieszkania (i nadal szukam!), pracowałem i przy tym wszystkim nie zamierzałem odpuszczać okazji do spotkania ze znajomymi. Przy okazji dogrywałem jeszcze kilka innych spraw, więc zdecydowanie miałem co robić. Skończyło się na tym, że regularnie padałem na twarz i nie byłem w stanie doczołgać się nawet do łazienki. Cóż, mam już swoje lata… Dziś jednak nie o moim wieku.

Czy podołałem zadaniu codziennego pisania?

W czerwcu opublikowałem 30 tekstów, co przy takiej samej liczbie dni, oznacza że średnio pisałem raz dziennie. Niestety nie wyglądało to tak różowo.

Po pierwszym tygodniu, zdecydowałem, że w niedzielę robię sobie wolne i nie będę pisać niczego nowego. Dodatkowo wprowadziłem sobie pewne ułatwienie, które polegało na tym, że tekst na dziś mogłem napisać w nocy, byle przed pójściem spać. Chodzi o to, że tekst na poniedziałek mogłem napisać nawet po 24 (czyli już we wtorek), byle przed pójściem spać. Taki mały zabieg ratował mi tyłek niejednokrotnie, ale oznaczał, że w dany dzień nie było wpisu, a potem pojawiały się dwa.

Czy to oszustwo? W pewnym sensie tak, ale z moim trybem życia nie byłem w stanie załatwić tego inaczej. Starałem się mieć gotowy tekst na każdy dzień, ale były chwile gdy ze zmęczenia nie byłem w stanie nic napisać. Czasem ratowałem tyłek prostymi/krótkimi treściami, ale to również jest działanie na krótką metę. Na słabych wpisach długo nie pociągnę.

Na swoją obronę dodam, że czasem puszczałem tak od siebie, 2 teksty dziennie.

Jakie wnioski z tego wyciągnąłem?

Pierwszy i dość oczywisty wniosek jest taki, że do codziennego pisania potrzebny jest czas, a jeśli się go nie ma, to trzeba go znaleźć. Ja próbowałem szukać go w nocy, ale bardzo odbijało się to no mojej kondycji, ponieważ w ciągu dnia wyglądałem jak trup, a wieczorem padałem na twarz.

Drugi wniosek również jest dość jasny, przy takim pisaniu trzeba być bardzo zorganizowanym. Tego mi cholernie brakuje, ale pracuję nad tym. Nie obiecuję szybkich efektów, ale dwutygodniowy urlop pozwoli mi trochę odpocząć i lepiej to sobie zaplanować.

Na koniec dodam jeszcze, że przy takim natłoku zajęć i pisania, dużo lepiej tworzyło mi się, gdy miałem nieco spokoju i nie musiałem martwić się, że zawalę termin. Niby to też dość oczywiste, ale jednak to nadal dość ważne. Bez znaczenia jest jak często się pisze, i tak liczy się pasja oraz chęć przelewania myśli na klawiaturę.

Czy to mi się opłacało?

Na bloga weszło w czerwcu o 32 procent więcej unikalnych użytkowników (względem maja), podobnie wzrosły również sesje i odsłony. O 6 procent wzrósł również wskaźnik powracających użytkowników, co jest dla mnie bardzo istotne. W końcu dobry bloga powinien budować społeczność, która czyta go regularnie.

Podsumowując, to był ciekawy eksperyment, który zamierzam powtarzać regularnie, ale już bez takiej spiny. Na razie priorytetem jest praca nad większą regularnością, żeby teksty bez wewnętrznych przymusów pojawiały się każdego dnia. Jeśli uda mi się to osiągnąć, to może w końcu zostanę Bogiem blogesfery

No i na końcu zapraszam do mojego głównego bloga:


Photo by Joshua Earle on Unsplash

  • Paulina Kędziorek

    Generalnie inicjacja fajna.. odsłony odsłonami ale czy blogowanie nie powinno sprawiać nam przyjemności? 😊 zapraszam na przyjemności i odstresowanie na http://www.kedziorki.com

    • Powinno i mi nadal sprawia 😉

      P.S. Nie wrzucaj linku, ustaw go sobie na koncie Disqus 😉

Next Post