Konrad Błaszak

Gospoda „Pod Starym Kocurem” stojąca przy drodze do wsi Powidoki nie należała do najlepszych. Eh, ona nie należała nawet do dobrych lub takich, w których można się ewentualnie zatrzymać, ale okoliczny las wcale nie byłby gorszym wyjściem. Gospoda ta była jedną z tych, do której w żadnym przypadku nie chciałoby się trafić, a jednak dziś trafił tu nieoczekiwany gość…

Patrząc na jej zewnętrzne walory, można było zobaczyć dość stabilną, ale cholernie brzydką i zaniedbaną konstrukcję, która bardziej przypomina stajnie z oknami, a nie zajazd. W środku wcale nie było lepiej. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby przy mocniejszym uderzeniu w ścianę miało błyskawicznie znaleźć się na ziemi. Mimo tego, gospoda stała tak od lat i nie zaszkodziły jej ani wojny, ani klęski żywiołowe. Cóż, chyba jest po prostu za brzydka, żeby kogokolwiek lub cokolwiek interesowała.

Klientela tegoż przybytku niedoli nie była wcale lepsza. Pod Starym Kocurem spotykały się najbiedniejsze męty z okolicy, których nawet nie wpuszczano do Powidoków. Spali oni w lasach, srali pod drzewami, a jak czasem napadli na jakiegoś kupca, to pojawiali się w karczmie i szybko tracili swoje „bogactwo”.

Dzisiejszy dzień nie był pod żadnym względem wyjątkowy. Nad piwem – swoją drogą, tragicznym sikaczem – siedziało kilka osób. Część z nich już dawno spała, tylko głowy mieli oparte o kufle, żeby gospodarz nie wywalił ich na zbity ryj. Można powiedzieć, że właściciel idealnie pasował do tego miejsca. Stary, wychudzony dziad, który na każdego patrzył jak na złodzieja lub gwałciciela, ale w tym miejscu nie był to specjalnie karcący wzrok. On miał po prostu rację.

Anton – czyli właściciel tego przybytku – stał za barem i nawet nie próbował udawać, że coś robi lub interesuje się swoimi szanownymi klientami. Od dobrych piętnastu minut zajmował się toaletą, a aktualnie próbował wydłubać z nosa coś wyjątkowo złośliwego.

Nieco przed nim siedziała jedyna kobieta w tym przybytku niedoli. Nie była to zwykła niewiasta, co to to nie! Od 5 lat dzierżyła dzielnie tytuł najbrzydszej prostytutki w okolicy, więc wszyscy znali ją wyśmienicie. Można powiedzieć, że uchodziła za dość sławną personę, ale trzeba jej przyznać, że tytuł nie wziął się znikąd.

Jej twarz w zasadzie ledwo przypominała kobiecą, bliżej jej było do stracha na wróble. Obrzydliwe wychudzenie nie byłoby tak odpychające, gdyby nie szramy po chorobach nabyte w prezencie od coraz mniej licznych klientów. Reszta ciała komponowała się z górą wręcz idealnie, ponieważ spod skóry można było zobaczyć wszelkie kości, pod warunkiem że danego miejsca nie przykrywał akurat siniak. Cóż, nie jest to łatwy zawód. Wisienką na torcie, a może wręcz ostatnim ziarnem soli wpadającym do oka były jej piersi… a w sumie ich brak. Już niektórzy mężczyźni mogli pochwalić się większymi walorami.

Dzień tak mijał spokojnie i jedynie dwie postacie w rogu zdawały się pokazywać jakieś oznaki inteligencji.

Dwóch zakapturzonych mężczyzn siedziało tam od dobrych kilku godzin i jedynie co jakiś czas pokazywali gospodarzowi, żeby przyniósł kolejną butelkę miodu. Widać, że o czymś rozmawiali, ale nie sposób było usłyszeć o czym. Ciężko było nawet zgadywać, ponieważ od samego przyjścia nie zdjęli ubrań, które zasłaniały ich całe ciała. Jedynie po rozmiarach można było obstawiać, że to postawni mężczyźni.

Zapewne siedzieliby tak jeszcze kilka godzin, ale jeden z pijaczków się obudził i wyraźnie wkurzony brakiem alkoholu oraz pieniędzy na kolejne butelki, udał się w ich stronę.

– Te, podzielcie się miodem. Macie go dużo to się napijemy. – w tym momencie usiadł on przy ich stole, ale szybko musiał zmienić swoje plany, ponieważ jeden błyskawicznym ruchem złamał mu nos. Pijaczek upadł razem z krzesłem na ziemię i wzbudził tym zainteresowanie reszty rzezimieszków. Kilku nawet chciało wstać, ale po kilku nieudanych próbach, dali sobie spokój.

– Patrzcie te gnidy. Rozjebali mi nos. Zabiję śmieci! – powiedział, a potem wstał i już chciał do nich doskoczyć, gdy drugi wyjął potężny miecz, a końcówką ostrza skutecznie go zatrzymał.

– Lepiej usiądź. Dobrze radzę. – rzekł wyższy z mężczyzn.

Pijaczek może i nie był w najlepszym stanie, ale dość szybko otrzeźwiał i dosłownie wybiegł z gospody. Zapewne zobaczył, że spod płaszcza wystawało ubranie ze srebrnymi zdobieniami, więc to nie był jego poziom.

– Chyba już możemy zdjąć kaptury. W sumie i tak skończyliśmy rozmowę. Jutro ruszymy w stronę zamku, a teraz przynieść gospodarzu czegoś lepszego, niż ten ściek, który nam dawałeś. – powiedział pierwszy mężczyzna, który w tym samym momencie pokazał swoją twarz.

– Dobrze… Lotharze. Cieszę się Panie, że wróciłeś. Już biegnę!

– Ehh… Dobrze jest wrócić na stare śmieci, ale teraz urżnijmy się w trupa. W końcu jutro znowu zostanę Paladynem!


Zdjęcie: Andrew Yardley (Unsplash)

  • Marcelina Michalczuk

    Zapowiada się ciekawie, czekam z niecierpliwością na kolejne

Next Post