Konrad Błaszak

Jem kebaby od wielu lat i przez długi czas, to był jeden z moich ulubionych posiłków. Nadal bardzo go lubię, ale niestety w większości przypadków jest bardzo przeciętny.

Studia to piękny czas, gdy poznaje się wiele nowych osób i przeżywa niesamowite przygody. Niemal zawsze w takich przypadkach wszystkim uczestnikom tej życiowej wyprawy nadawane są nowe ksywki. Ja również taką dostałem. Nie minął miesiąc, a większość znajomych mówiła na mnie:

KEBAB!

Właśnie dlatego uważam, że pisanie o jedzeniu było od zawsze moim przeznaczeniem. W końcu taka ksywka zobowiązuje!

Dziś postanowiłem porozmawiać z Wami o mojej pasji ze studiów, czyli właśnie kebabach. Pochłaniam je od lat, głównie w stolicy Wielkopolski, ale zdarzyło mi się sprawdzać te przysmaki również w innych regionach naszego pięknego kraju, a także poza jego granicami. Po tysiącach prób mogę powiedzieć jedno. W Polskich budach z kebsami króluje jedno słowo:

PRZECIĘTNOŚĆ!

Nie znam słowa, które lepiej opisywałoby to co można zastać wchodząc do lokalu, nad którym widnieje napis Kebab. Oczywiście nie chcę sprowadzać do tego samego poziomu wszystkich miejsc,  ale tylko nielicznie wyróżniają na plus lub nawet na minus. Tak, moim zdaniem w Polsce jest sporo złych kebabów, ale nie jest to większość. Dużo słabiej jest z tymi dobrymi, ponieważ często trzeba się mocno naszukać, żeby znaleźć coś wybitnego. Wróćmy jednak do tych przeciętnych.

WP_20160624_22_15_19_Pro

Ich jest – moim zdaniem – z 70-80 procent, czyli bardzo dużo. Takie miejsca są jakimś tam wyjściem, jeśli nie ma się niczego lepszego pod ręką, ale raczej nigdy do nich nie wrócicie. To są lokale do których się wchodzi, zjada i wychodzi, a potem zapomina. Przeważnie nie budzą żadnych emocji, ponieważ są jedynie miejscem do zaspokojenia głodu, a nie lokalem, w którym chcemy zjeść coś dobrego. Najsmutniejsze jest to, że kilka lat temu sytuacja wydawała się być nieco lepsza.

Oczywiście wtedy również można było znaleźć zupełnie nijakie budy z żarciem, ale te 10 lat temu kebab nie był tak popularnym daniem. Dlatego w ten biznes wchodzili ludzie, którzy chcieli nieźle zarobić, ale musieli zrobić coś lepszego niż typowe fast foodowe potrawy tamtych czasów (zapiekanki, hot dogi, frytki czy – zupełnie inne niż teraz – hamburgery). To prowadziło do tego, że kebab masterzy musieli bardziej się starać.

Teraz takie budy powstają masowo i większość z nich nastawiona jest na jednorazowego klienta, który przestaje być ważny, gdy zostawi kilka złotych. Serio, jadłem tyle zupełnie nijakich kebsów, że czasem już tracę nadzieję, że spotkam coś wyróżniającego się na plus.

To złe czasy, dla fanów kebabów…

I niestety to chyba się nie zmieni, ponieważ kebab jest teraz tanim i nijakim żarciem, które można znaleźć wszędzie. On jest po to, żeby się nażreć i tyle.


Nie zapomnij dodać mnie do obserwowanych na facebooku. Tam możemy pogadać nieco bardziej osobiście. No i jest jeszcze grupa: Szklani Samurajowie!


Next Post